
Drzymalski przeciw Rzeczypospolitej
Скачать
Начало книги
Z daleka wyglądała jak trochę większy pakunek, pozostawiony na przystanku przez roztargnionego pasażera. Zadaszenie wiaty i stojący obok kiosk „Ruchu” nie dopuszczały światła latarni do tej części ławki, a na tyłach autobusowej zatoczki nie było żadnych oświetlonych obiektów.
– Poczekaj no… – Niższy z mężczyzn wyhamował nie bez pewnego trudu, w ostatnim momencie ratując się przed poślizgiem wyciągnięciem w bok ręki z neseserem. Chodnik pokrywał paskudny, zlodowaciały śnieg, którego nikt niczym nie posypał. – To noga, czy mi się zdaje?
Jego towarzysz, otulony po uszy identycznym zielonym szynelem, przeszedł jeszcze trzy kroki.
– Co znowu? – jęknął. – Koniecznie chcesz mnie zniszczyć w oczach starego? Jak nam ten pociąg ucieknie…
– To człowiek? – Niższy stanął bokiem do osi czteropasmowej ulicy i wiatru zarazem. Zmrużył oczy, próbując przebić barierę mroku. Nie bardzo wychodziło: lodowaty podmuch kąsał przez wąską szczelinę między powiekami, wdzierał się aż w głąb czaszki. Łzy zacierały szczegóły, a osiadający na rzęsach śnieg czynił sprawę zupełnie beznadziejną.